Jarocin

Portal historyczny

 

Podczas mojej wizyty 6 listopada 1918 r. u księdza proboszcza Niedźwiedzińskiego dowiedziałem się pocieszającej wiadomości o mających powstać rozruchach w związku z przedłużeniem się wojny. O istnieniu tajnej polskiej organizacji „Jedność” na gruncie jarocińskim dowiedziałem się również od księdza proboszcza Niedźwiedzińskiego, do której i on należy. Basiński Euzebiusz zwerbował mnie do „Jedności”. Dnia 7 listopada 1918 r. stawiłem się do hotelu Basińskiego celem złożenia przysięgi. Wszedłem do pokoju na pierwszym piętrze, gdzie na stole ustawiony był krzyż oraz dwie świece, okna były zasłonięte, tak że żadne światło nie zdradzało, co się tu działo. Przybył Bendlewicz w towarzystwie Sebla. Rozpoczyna się zaprzysiężenie przy zapalonych świeczkach. Bendlewicz półgłosem czyta mi warunki przystąpienia, na które bez wahania się zgodziłem. Na znak, że tajemnicy dotrzymam, wyciąga Bendlewicz szablę, przyłożyłem dwa palce do szabli i powtarzałem słowa roty, które mi Bendlewicz czytał: „Ja J. B. przysięgam na krzyż i szablę, że będę wierny i posłuszny prawowitemu rządowi polskiemu i rozkazom dowódców, że stać będę wiernie i mężnie w obronie Ojczyzny, pomagając do Jej odbudowy i rozwoju, że wedle sił i możności będę się starał pracować w kierunku  przez naszą organizację „Jedność” wytkniętym i że wiadomości o organizacji zachowam w ścisłej tajemnicy. Tak mi, Panie Boże dopomóż!!!”. Była to chwila dla mnie bardzo uroczysta i poważna, czułem się wówczas szczęśliwym, że będę mógł swój obywatelski obowiązek spełnić. Niemcy jeszcze się panoszyli, a tu spiski i knowania odważnych obywateli, żołnierzy w pruskich mundurach.

Po przysiędze poszedłem się przedstawić jako członek „Jedności” księdzu proboszczowi Niedźwiedzińskiemu i księdzu wikariuszowi Kasprzakowi, którzy mi wyprorokowali, że do niemieckiej formacji już nie zdążę powrócić.

Uradowany i pobudzony przez entuzjastów do czynu, postanowiłem wspólnie z bratem moim się ukrywać, ewentualnie przez chorobę urlop przedłużyć. Brat mój, kiedy się ode mnie dowiedział, że należę już do polskich żołnierzy, bez namysłu podążył natychmiast do szeregu spiskowców, gdzie go również zaprzysiężono. Poczęliśmy z bratem po „cichaczu” swych znajomych zachęcać, co z łatwością nam się udało, bo każdy chciał być polskim żołnierzem.

Ulice: Św. Ducha od mostu do „wieży wodnej”, Długa i Wodna należały do terenu naszych działań. W ścisłym kontakcie z „Jednością” i oparci o autorytet naszego duchowieństwa, w mundurach pruskich żołnierzy, pracowaliśmy z poświęceniem i oddaniem się Polsce.

W nocy z 8 na 9 listopada 1918 r. rozpoczęły się rozruchy wśród wojska tutejszego garnizonu. Żołnierze zbuntowani wybiegli z koszar, pozrywali druty telegraficzne, zaś z więzienia sądowego uwolnili wszystkich więźniów.

Wyszedłem rychłym rankiem ku Rynkowi i zauważyłem żołnierzy w czerwone kokardy przystrojonych, karabiny trzymali odwrotnie, lufą do ziemi, jakby na polowanie, taśmy z ostrymi nabojami obwieszone koło szyi. Były to patrolki już zbuntowanych żołnierzy. Dwóch takich buntowników dochodzi do mnie i bez żadnej mowy programowej zrywają mi naramienniki i tzw. „Nationale” przy czapce. W ten sposób zdegradowanego z armii niemieckiej puszczają mnie dalej. „Der Krieg ist zu Ende”. Łzy mi w oczach stanęły na myśl, że już do formacji pruskiej nie wrócę.

W hotelu Basińskiego nie zastałem żadnego znajomego z „Jedności”, wobec czego na chwilę wróciłem do domu, oczekując na rozkazy organizacji „Jedność”.

Około godziny 1000 przed południem przychodzi do mnie Frajer z polecenia ks. Kasprzaka, ażeby się o godzinie 100 w południe stawić do Domu św. Jozefa, celem urządzenia pochodu manifestacyjnego do koszar, lecz po chwili od zamiaru tego się cofnięto. O godzinie 1200 udałem się do koszar o przedłużenie urlopu, by mieć w razie potrzeby jakikolwiek dokument w ręce. Przychodząc do koszar w tej wielkiej gorączce rewolucyjnej, spotkałem Kirchnera, sierżanta 46. pułku piechoty, który mi powiedział, że w tym celu muszę się udać do dawniejszego Bataillonskammer. Tu uzyskałem urlop bezterminowy. O godzinie 100 w południe dowiaduję się od przechodzących kolejarzy, że do koszar lecą wszyscy na kradzież, bo magazyny porozbijane i posterunków nie ma. Baz namysłu i żadnego rozkazu podążyliśmy wspólnie z bratem do koszar.

Pierwsze posterunki ustawione były przy głównym wejściu przy magazynach i wokoło muru koszarowego. To był wstęp pracy naszej organizacji polskiej w czasie rewolucji, chroniącej w pierwszym rzędzie magazyny.

Zauważyłem tam na posterunkach znanych mi druhów: braci Rasińskich, Poznańskiego, Wasielewskiego, Ostacha Leona i Kazimierza, Cichowskiego, Krzymińskiego, Pilarczyka, St. Borowińskiego, Wierzchowskiego, Ant. Rydlewskiego. Druh Kirchner wskazuje nam miejsce odwachu, skąd zabraliśmy karabiny i amunicję. Od tego czasu pełniłem funkcję patrolki koszarowej. W czasie tym dowiaduję się, że dowódcą garnizonu został druh Kirchner, któremu do pomocy stał druh Pilarczyk Wojciech. Gdyśmy w ten sposób osiągnęli najważniejsze posterunki, poczęła organizacja powoli przysyłać nam dalszych druhów w mundurach niemieckich żołnierzy.

O godzinie 200 po południu zostało zwołane ogólne zebranie wszystkich żołnierzy garnizonu przez Radę Żołnierską, gdzie sytuację wyjaśniono. Po przemówieniu polskiego reprezentanta, a także i niemieckiego, przyznano kwatery dla polskiego oddziału w bloku od strony Tumidaju, dla niemieckiego oddziała od strony miasta.

Do wieczornego capstrzyku patrolowałem stale przy murach koszar. Wieczorem wydał druh Kirchner już formalny rozkaz podziału służby wartowniczej. Do odwachu nie dopuszczono żadnego Niemca. O godzinie 900 wieczorem zamknęliśmy koszary i nie wpuszczaliśmy już nikogo. Odwach nocny liczył 6 ludzi na dwie zmiany, i to jeden przy bramie, drugi przy amunicji, trzeci patrol wokoło koszar. Na mnie znowu przypadło patrolowanie wewnątrz koszar.

Pierwsza noc przeszła dość spokojnie, za wyjątkiem jednego włamania do magazynu żywnościowego w naszym bloku. Na wezwania po strzałach do poddania się stwierdzono, że byli to młodzieńcy z ulicy Prebendarskiej [dziś ul. Parkowa], którym nad ranem sprawiliśmy „polski sąd”, a po tej „naradzie” puściliśmy ich na wolność. Dnia 10 listopada już od rychłego rana poczęło napływać wielu ochotników z powiatu. Poczęto tworzyć biuro, do którego należeli druhowie: Bendlewicz, Jedwabski i Borowiński. Z biura otrzymaliśmy kokardki biało-czerwone, które każdy sobie przypiął. Ogólne hasło było „Jedność”. Poczęliśmy odtąd jawnie pracować złączeni jako Polacy, rozkazy padały polskie, śpiewano po polsku, o czym się prasa niemiecka rozpisała, podając szczegóły o naszym  istnieniu. Niemcy założyli sobie wtenczas kokardki czarno-biało-czerwone z napisem „Einigkeit”. Dnia 10 listopada wyleciałem na małą chwilkę do miasta, zobaczyć co się święci, uzbrojony w karabin i kilka pasów amunicji, na wszelki wypadek. Dumny się czułem, kiedy po ulicach miasta mogłem się pokazać jako polski żołnierz.

Kogo tylko spotkałem po drodze, werbowałem do koszar i zachęcałem do wstąpienia w polskie szeregi. Dnia tegoż warta koszarowa liczyła już 12 ludzi. Pilnując swej stałej patrolki przez 3 dni i 3 noce, otrzymałem 12 listopada odpoczynek. Dnia 13 i 14 listopada znowu odwach przy bramie koszarowej. W czasie tym nie było żadnych ważniejszych wydarzeń. Panem sytuacji była Rada Robotniczo-Żołnierska, a dowódcą wszystkiego Kirchner.

Ponieważ z Robakowa i Kretkowa nadeszła wiadomość, że na pograniczu nie ma żadnych żołnierzy do pilnowania granicy, przeto otrzymałem rozkaz natychmiastowego udania się do Robakowa jako zaufany Rady Żołnierskiej, na straż graniczną. Do straży tej przydzielono mi druhów Ostacha Leona, Krzymińskiego i Nowaka. Pełniliśmy straż nad Prosną od Komorza do Żegocina, wydawaliśmy przepustki na przekroczenie granicy, patrolowaliśmy przy kolejce powiatowej itd.

O różnych szmuglach i trikach szmuglerzy informował nas gościnny Sroczyński z Robakowa, który nam wówczas wiele dopomógł. Po 5 dniach otrzymaliśmy jeszcze 20 ludzi do straży z kpr. Kaniewskim, który odtąd dowodził oddziałem. Niemcy chcieli podstępem przysłać do straży granicznej wojsko z Nadrenii, lecz na ogólny protest tak Niemiec jak i Polaków, umotywowany, że ludność potrafi się sama obronić, i że stworzona milicja już czuwa nad porządkiem publicznym, zaniechano tego. Rada Robotniczo-Żołnierska przysyła nam dalsze posiłki na granicę z lejtnantem Sablerem na czele (60 Niemców i 60 Polaków). Granica była zatem dobrze obstawiona.

Od druha Rzeźnika Andrzeja i Malinowskiego Stefana, którzy przywieźli nam prowiant do Robakowa, dowiedzieliśmy się, że komendantem naszym został hr. Gorzeński-Ostroróg z Tarzec, z czego byliśmy bardzo zadowoleni i uradowani. Z wiadomością tą podzieliliśmy się z organizacją bratnią POW w Szymanowicach, dokąd częste i poufne wycieczki urządzaliśmy. W wycieczkach tych specjalistami byli Ostach Leon, Krzywiński, Nowak i moja osobistość.

Tymczasem w naszej komendzie radzono, w jaki sposób się pozbyć niewygodnych Niemców. Wielu zniechęconych długą wojną, wielu z powodu zaczepek z Polakami, opuszczało swe posterunki, udając się na bezterminowe urlopy w głąb Niemiec. Systematycznie osłabiona straż graniczna, a druhów przekazywano do garnizonu, gdzie formowano karne i silne kompanie polskie. Gdy wróciliśmy z Robakowa, zastaliśmy już dwie kompanie polskie w komplecie. Przydzielono nas do 1. kompanii, w której przez 4 dni przeszliśmy ćwiczenia podług polskiej komendy. Dnia 27 grudnia, kiedy do Poznania zawitał Pade­rewski, byliśmy już zupełnie przygotowani do orężnej walki. Pierwsze oddziały wyruszyły na pomoc do Krotoszyna. Dnia 1 stycznia 1919 r. nastąpiła dla Jarocina nowa era.

W dniu tym wywiesił chorągiew polską na ratuszu jarocińskim adiutant St. Malinowski. Byłem świadkiem tej wspaniałej uroczystości, która u mnie pozostawiła niezatarte wrażenie. Przed frontem odezwał się komendant druh Gorzeński-Ostroróg do zgromadzonego społeczeństwa, wzywając do wytrwałości, do pomocy, by pokazać światu potęgę narodu polskiego. Zakończył swe przemówienie słowami „Roty” Konopnickiej.

Niejedna łza wtenczas spłynęła ze wzruszenia. Potem senior miasta Franciszek Basiński powitał obywatelstwo jako pierwszy burmistrz miasta, dzieląc się radosną nowiną, że odtąd wszyscy upragnioną przez tak długie lata Polskę uzyskaliśmy. Po odśpiewania „Roty” i „Jeszcze Polska nie zginęła” udaliśmy się do kościoła na uroczyste nabożeństwo, które odprawił ksiądz proboszcz Niedźwiedziński, witając wojsko już polskie jako kapelan oddziału powstańczego.

Serdeczne słowa powitania z ambony były zachętą do walk, jakie niebawem nastąpić miały. Po odśpiewaniu „Boże coś Polskę”, wróciliśmy w zwartym szeregu do koszar na dobry obiad. Szeregi naszego baonu rozrastały się. Ćwiczono regularnie. Wielu było szaleńców do zbrojnego czynu.

Byli tam Błażejewski, Mikuła Roman, Hybiak Michał, Klarzyński, Krystofiak, Nadobny, Piosik, Pilarczyk Wojciech, Poznański, Cichowski, Myśliński Wacław, Józef i Stefan, Zaremba Marian, Hildebrandt Marceli, Jedwabski, Wardyński, Ostach Leon, [Ostach] Kazimierz, Owocki, Rydlewski Antoni, Komorowski, Bochniak, Błaszczyk sierżant, Bukowski, Błaszczyk, Wacław Warczyński, Wawrzyniak Stefan i Wacław, Wieruszewski, Rabczewski, Przybylski Edmund, Kaliszak Stefan, Pawela, Michalski, Borowski, Kubiak, Olsztyński Adam, Frankiewicz, Pilarczyk z Tarzec, Świderski, Wojciechowski, Nowacki Józef, Walczak Michał, Rasiński Wincenty i Stanisław Kuropka, Tylmajer, Szymkowiak Ludwik i Stanisław, Makowaki Franc., Bernau, Formanowski Stefan, Grodzki Wacław, Borkiewicz, Sierszuła, Ciszak, Chrzanowski, Łabędzki, Bargiel i wielu innych, których nazwisk obecnie sobie nie przypominam.

Tutejszy garnizon pospieszył z pomocą innym miastom, jak Krotoszynowi, Nakłu, Rawiczowi itd. Wtenczas też różne posterunki obstawiono Strażą Obywatelską. „Sokół” oraz obywatele, którzy do wojska nie należeli, otrzymali broń z koszar, pełniąc odwachy przy mostach i ważnych punktach komunikacyjnych. W tym czasie też milicja odtransportowała resztę Niemców na dworzec i w ten sposób miasto się zupełnie od Prusaków oczyściło. O działalności Straży Ludowej, Rady Ludowej, nic wspomnieć nie mogę, bo będąc w szeregu, na froncie, nie mogłem się wówczas ich działalnością zainteresować. O przebiegu pracy Rady Robotniczo-Żołnierskiej i pracy spiskowej wspomina Jan Bendlewicz w swej książce poświęconej śp. hr. Gorzeńskiemu, a dalej w archiwum Towarzystwa Uczestników Powstania znajdować się powinien cenny opis hr. Gorzeńskiego, który własnoręcznie opisuje przebieg powstania i bitwy pod Zbąszyniem i Rawiczem, śmierć bohaterską śp. Malinowskiego Stefana adiutanta i innych bohaterów. Polecam opisy te Komitetowi Badań Historii szczególniejszej uwadze.

Dnia 4 stycznia 1919 r. rano o godzinie 1100 była ważna zbiórka polskich kompanii w szopie ćwiczeń. Wybierano ochotników na front. Skorzystałem i ja z tej okazji i zadowolony byłem, kiedy mnie do kompanii frontowej przydzielono. Po południu wymaszerowaliśmy na dworzec. Zapał wśród powstańców był wielki. Pojechaliśmy do Poznania. Tam nasza kompania stawiła się na rozkazy Naczelnej Rady Ludowej. W Poznaniu dłuższy postój – dokąd nas powiozą, nie wiadomo. Do pociągu przyczepiono 2 wagony z artylerią poznańską, która pod dowództwem Rossy Wiktora składała się z 2 armat 7,5 cm, kompletnie wyposażonych. Przyjechaliśmy do Nakła. Rozkaz Kirchnera – wysiadać! Na dworcu spokój. Od warty kolejowej dowiadujemy się, że Niemcy przed chwilą uciekli poza miasto w stronę Bydgoszczy.

Ludność Nakła witała nas żołnierzy, śpiewających polskie pieśni, bardzo entuzjastycznie. Tej samej nocy zniszczyliśmy pomnik Germanii, jedyny jeszcze znak zewnętrzny panowania zaborcy. Dnia następnego mieliśmy rozpocząć ofensywę na Bydgoszcz. Przedtem jednak musieliśmy oswobodzić Mroczę, która była w rękach Grenzschutzu.  Dnia 5 stycznia 1919 r. alarmował trębacz nasz Mikuła Florian do zbiórki. O godzinie 400 po południu żegnaliśmy Nakło. W odstępach po 200 kroków, w sekcjach po 4 ludzi, wyruszyliśmy w drogę na Mroczę. Niemcy podpalili majętność Drążno, gdzie zabili naszych dwóch powstańców. Po drodze spotkaliśmy patrol niemiecki, co dało nam powód do większej ostrożności i uwagi. Dotarliśmy do toru kolejowego z Nakła do Mroczy. Tu była zbiórka. Przez kilka minut pilnowałem telefonu w budce strażnika, gdzie dowiedziałem się hasła niemieckiego i koncentracji ich sił, które zaraportowałem sekcyjnemu Łabędzkiemu.

W tym miejscu poczęliśmy tworzyć tyralierę po lewej i prawej stronie szosy do Mroczy. Rossa ze swoją artylerią ustawił się w pobliżu budki i „walił” na szosę prowadzącą od Mroczy do Bydgoszczy. Na znak rozpoczęcia ofensywy, oddała artyleria pierwsze strzały, a piechota z okrzykiem „Niech żyje Polska” wpadła do Mroczy. Niemcy poczęli się cofać w stronę Bydgoszczy, oddając jeszcze na pożegnanie kilka strzałów do naszego oddziału. Ludność cywilna schroniła się do piwnic. Goniliśmy Niemców kilka kilometrów za miasteczko, a Niemcy, uciekając w ciemnościach nocy, zostawiali po drodze karabiny, naboje, plecaki itp., by tylko zdążyć uciec.

Po ofensywie tej pozostały placówki przy szosach, resztę wróciło do Mroczy na odpoczynek. Ofiarą tej walki padł na jednej z ulic druh Łabędzki Feliks, a oprócz tego zostało kilku rannych. Śmierć jednego z pierwszych naszych bohaterów zasmuciła nas wszystkich, bo śp. Łabędzki Feliks, rodem z Siedlemina powiatu jarocińskiego, był zapalonym i gorącym patriotą, a swą prostotą i skromnością zjednał sobie wszystkich. Bohaterami dnia byli tam także Hybiak Michał, Klarzyński Michał, Walczak i Pilarczyk z Tarzec.

Z więzienia wyswobodziliśmy oddział powstańców mroczan, których Niemcy chcieli przetransportować do Bydgoszczy. W nocy nasze placówki zdobyły auto ciężarowe, które wiozło 200 karabinów i wiele amunicji.

W nocy z 6 na 7 stycznia musieliśmy Mroczę opuszczać, by z rana już być w Nakle. Niemcy pad Nakłem pochowali się po domach i z okien maszynówkami nas ostrzeliwali. Powoli posuwaliśmy się naprzód. Hybiak krzyczy: „Rakiety puścić, łączność trzymać”. Biała rakieta wystrzelona w powietrze wysoko dała jasny widok na teren. Hybiak krzyczy na cały głos „do ataku” i wszyscy zrywają się z ziemi, ruszają pędem na Niemców z gotowymi ręcznymi granatami.

Podeszliśmy pod domy. Straszliwy ogień karabinów maszynowych z okien różnych prażył nas mocno. „Niech żyje Polska”. Wawrzyniak Stefan poszedł pod okna jakiejś kamienicy i rzucił granat ręczny do wnętrza. Karabin maszynowy umilkł, a obsługa się poddała. Jeńców odstawiono na tyły frontu. My zaś dalej oczyszczali wioskę ze szwabstwa, szukając chałup, skąd strzelano z bagnetem na karabinie.

Lęk przed śmiercią pcha nas dalej, a wściekłość nasza za śmierć kilku naszych powstańców jest niepohamowana. Zwyciężyliśmy. W nasze ręce dostało się kilku jeńców, kilkadziesiąt koni, 2 działa 15 cm, 2 miotacze min, 2 kuchnie polowe. Rannych było około 30. Wśród ciężko rannych był Walczak Michał, bardzo silny druh.

Niemcy musieli się cofnąć do Bydgoszczy. Ze zdobyczą tą wyjechaliśmy do Nakla, gdzie rano obywatelstwo z radością nas witało.

Na rozkaz Naczelnej Rady Ludowej musieliśmy Nakło opuścić, żegnani serdecznie przez obywatelstwo nakielskie. Kompania jarocińska pod dowództwem Kirchnera chlubnie zapisała się w księgach historii miast nadnoteckich.

Dnia 10 stycznia po południu o godzinie 300 przybyliśmy na dworzec jarociński. Na dworcu powitał nas komendant hr. Gorzeński i cały garnizon. Serca wszystkich jarociniaków się radowały, kiedy nasza bohaterska kompania ze swoją zdobyczą przez Rynek ku koszarom maszerowała. Kolegów, którzy w bitwach nadnoteckich udział brali, a których sobie przypominam, byli: Klarzyński, Hybiak, Walczak Michał, Makowski Franek, Roman Rasiński, Frajer, Myśliński, Nowacki, Grzybek, Ostach Leon, Krzymiński, Nowak, Wawrzyniak Stefan, Karolczak z Roszkowa, Matuszak, Miękus z Goliny, Bochniak i inni.

Po tej wyprawie mieliśmy 1 dzień wolnego na wypoczynek. Dnia następnego już przygotowywano kompanie ochotnicze pod Zbąszyń. Nie uczestniczyłem już w wyprawie tej, ponieważ otrzymałem zlecenie zorganizowania oddziała muzycznego na piszczałki i bębenki, by dostarczyć poszczególnym oddziałom trębaczy. Początkowo przydzielono mi 12 ludzi, których ćwiczyłem w lesie Tumidaju. W lutym postarałem się o instrumenty do orkiestry dętej, lecz na przeszkolenie byłoby potrzeba dłuższego okresu czasu. W międzyczasie Błażejewski jako dowódca batalionu przeznaczył do zorganizowania orkiestry dętej Romana Mikułę sierżanta i byłego niemieckiego dobosza pułkowego. Odebraliśmy z miasta kilka instrumentów dętych, które odtąd oddziałowi muzycznemu do użytku oddano. Nie było można skompletować orkiestry.

Wiadomość o tworzeniu orkiestry polskiej dotarła do Witaszyc pobliskich, a ochotnicy muzycy, jak Kuliński Wacław i bracia Reszelscy, Grabias ze swoimi instrumentami stawili się do dyspozycji baonu. Bez żadnego przygotowania orkiestra była gotowa, a dyrygentem orkiestry został zamianowany Wacław Kuliński. A zatem już w lutym 1919 r. mieliśmy orkiestrę polską własną. Transporty na dworzec i z dworca prowadzano odtąd przy dźwiękach polskich melodii. Dla obywatelstwa dawano częste koncerty na Rynku.

Z oddziałów jarocińskich powstał 11. pułk strzelców wielkopolskich, obecny 69. pułku piechoty w Gnieźnie. Część oddziałów przydzielono 10. pułku strzelców wielkopolskich, obecnie 60. pułku piechoty i 62. pułku piechoty. Personel instruktorski, do którego i mnie liczono, przydzielono do baonu zapasowego 12. pułku strzelców wielkopolskich. Dowódcą baonu był por. Błażejewski Stanisław, a dowódcą kompanii sztabowej sierż. sztab. Hybiak Michał. Poprzednim dowódcą kompanii był Wróblewski Jan, sierżant aspirant oficerski. Stworzono okręgi wojskowe. Na okręg jarociński dowódcą mianowano hr. Gorzeńskiego, później stworzono dywizje. Rok 1919 był pełen pracy organizacyjnej. Wszystko sporządzano w regulaminy i przepisy. Ćwiczono i musztrowano.

W sierpniu 1919 r. po kursie instruktorskim w Ostrowie przydzielono mnie na powrót do kompanii dowódcy Hybiaka. Poczęliśmy przygotowywać i musztrować rekrutów i ochotników. Praca była gorączkowa i wytężona. W rekrutach był świeży zapał. Element ten wojny nie widziało, za to dumni byli, że mogą być polskimi żołnierzami. Nad oświatą żołnierza czuwał ksiądz kapelan Niedźwiedziński.

W maju 1919 r. zorganizowałem przedstawienie pierwsze w sali ćwiczni miejskiej pod hasłem „Dzieci nasze żołnierzowi w darze”. Do dzieci tych, którzy wówczas żołnierzowi cześć oddali, występując jako młodzi amatorzy, należeli: Matuszewski, syn mistrza piekarskiego, Stasiński, syn mistrza piekarskiego, Herwich Józef, Matuszewska, Stasińska itd. Dochód 300 marek zużyto na oświatę żołnierza.

Finansowo poparli naszą organizację wojskową hr. Gorzeński-Ostroróg, Ziemniewicz, Zapłata, Trzciński, Grabski, Żychliński. Z organizacji społecznych przodował „Sokół”, Towarzystwo Śpiewu, Czerwony Krzyż, młodzież i harcerze.

Popularnymi osobami w czasie tym, byli: Jachowski, Wasielewski, Zapłata, Basiński Fr., Figna, Zaremba, Basiński Euzebiusz, Lebel, Dąbrowski Józef, Wróblewski Jan, Śniatecki, Śliwiński Leon, Chylewski, Pawełczyk, Walendowski Franciszek, Hagerowa, Hełmińska, Nowakowska, dr Klinkowska, hr. Gorzeńska i inni.

Autor wspomnień: Józef Borecki, 1935 r.

Źródło: „Gazeta Jarocińska” 1935, nr 33, 35, 38, 43, 45, 46.

Opracowanie: Ilona Kaczmarek

 

Twórca projektu Twórca
Partnerzy
Jarocin Jarocin Jarocin Jarocin Jarocin Jarocin
Jarocin Jarocin Jarocin Jarocin Jarocin

Kategorie tematyczne