Jarocin

Portal historyczny

Mjr Zbigniew Ostroróg – Gorzeński (Komendant etapu przy III Okręgu Wojskowym w Jarocinie) w otoczeniu żołnierzy Wojsk Wielkopolskich w koszarach w Jarocinie, 11 listopada 1919 r. Fotografia pochodzi ze zbiorów Muzeum Regionalnego w Jarocinie.

Po wybuchu rewolucji niemieckiej utworzył się w Jarocinie 11 listopada przy baonie zapasowym 46. pułku piechoty (niemieckiej) pierwszy oddział polski, który był umieszczony w koszarach w kwaterze kompanii rekonwalescentów. Tym oddziałem dowodził sierż. Kirchner (obecnie porucznik i dowódca baonu w 6. pułku strzelców wielkopolskich), funkcje sierżanta sztabowego pełnił wicefeldfebel Pilarczyk (obecnie w Jarocinie). Oddział liczył około 120 ludzi. Dnia 29 listopada oddział polski, czyli jak się oficjalnie nazywał „Polnische Abteilung”, obrał mnie jako dawniejszego pruskiego oficera, pomimo tego że dla wieku w wojnie światowej udziału nie brałem, swoim komendantem. Wybór też został przez Radę Żołnierską i niemiecką komendę w Poznaniu zatwierdzony. Oddział polski pełnił teraz funkcje Grenzschutzu i obsadził granicę z Królestwem Polskim od Robakowa do Pogorzelicy. Równocześnie w Pleszewie utworzył się podobny pod ppor. Bociańskim, który obsadził granicę od Robakowa do Roszek. Zaczęli teraz napływać ochotnicy, tak że oddział polski co dzień wzrastał na sile i liczył 28 grudnia około 600 ludzi, a w styczniu nad 1000. W Jarocinie dali dowody patriotyzmu i oddali znaczne usługi sprawie narodowej: Błażejewski Stanisław, obecnie podporucznik i dowódca baonu zapasowego; Błażejewski Maksymilian, obecnie podporucznik intendentury w Gnieźnie; Adamczewski sierżant sztabowy, obecnie przy P[owiatowej] K[omendzie] U[zupełnień] w Krotoszynie; Jan Bendlewicz, obecnie plutonowy i aspirant oficerski przy intendenturze w Jarocinie; Stanisław Borowiński, obecnie kapral przy Dowództwie Okręgu w Jarocinie; Bernard [w tekście: Benon] Wierzchowski sierżant sztabowy przy Dowództwie Okręgu III, obecnie zwolniony z wojska; Euzebiusz Basiński członek Rady Robotniczej, obecnie komisarz obwodowy w Jarocinie.

Stefan Malinowski poległ jako mój adiutant pod Zbąszyniem w styczniu 1919 r. Jako dowódcy kompanii odznaczyli się już wymieniony Błażejewski Stanisław; Hybiak sierżant sztabowy, dowódca kompanii w 12. pułku baonu zapasowego; Karolczak pod Zbąszyniem, obecnie dowódca kompanii w 6. pułku strzelców wielkopolskich; ppor. Klarzyński, obecnie przy szkole podoficerskiej w Poznaniu; ppor. Krystofiak Stanisław, obecnie major; Pawela, obecnie podporucznik 1. pułku strzelców.

Aż do 28 grudnia trzymał polski oddział granicę, przy czym przemycano naboje, karabiny, kilka maszynowych karabinów i znaczną ilość mundurów do Polski. Powoli amunicja prawie cała przeszła w nasze ręce. Polski oddział rósł co dzień w siłę przez napływ ochotników, a Niemcy dezerterowali i rozchodzili się do domów, tak że 28 grudnia zostało ledwie 300 Niemców. Na dworcu był komendantem podoficer Wawrzyniak, obecnie podporucznik i komendant dworca w Jarocinie. Każdego Niemca, który przejeżdżał przez Jarocin pojedynczo lub po kilka, rozbrajano na dworcu, a karabiny i amunicja szła do składnicy polskiego oddziału. Do 28 grudnia każdy pociąg z wojskiem, który przez Jarocin przechodził, był zmuszony oddać broń i amunicję, tak że wkrótce żaden pociąg wojskowy przez Jarocin nie jechał. Rozbrojono ogółem 4 pociągi i odebrano 480 karabinów, 3000 naboi, 4 karabiny maszynowe i 50 granatów ręcznych. W rozbrojonych pociągach było załogi po 250, 200, 80 i 50 ludzi.

Dnia 28 grudnia było na dworcu w Jarocinie 40 lokomotyw i 600 wagonów, które pod różnymi pozorami zatrzymaliśmy w Jarocinie, potem jeszcze 7 lokomotyw zatrzymano, które były w drodze do Leszna.

Przy wybuchu rewolucji 28 grudnia byłem osobiście w Poznaniu, brałem udział w walkach koło „Bazaru”. Wróciwszy 29 grudnia wieczorem do Jarocina, rozbiłem w nocy zaraz pierwszy pociąg niemiecki, odebraliśmy broń i amunicję; pociąg miał 80 ludzi załogi. Przy rozbrojeniu 3 pociągów następnych sam osobiście nie byłem. Rozbił je ppor. Wawrzyniak z odwachem dworcowym w sile 30-40 ludzi.

Teraz zmusiłem Niemców w Jarocinie do oddania reszty broni, którą jeszcze posiadali. Pozostało z 200 Niemców w koszarach i kilku oficerów, których 7 stycznia kazałem odstawić na kolej przez drużynę „Sokołów” jarocińskich i milicję powiatową, których uzbroiłem w karabiny. Muszę tu nadmienić, że drużyna „Sokołów” jarocińskich pod dowództwem zastępcy Wróblewskiego była zawsze gotowa na każde wezwanie i pełniła służbę na dworcu i innych odwachach i to dobrowolnie, nie pobierając za to żadnego żołdu.

Dnia 1 stycznia rano dostałem rozkaz eskortowania z Poznania do Ostrowa pociągu dzisiejszego prezesa ministrów Paderewskiego. Pojechałem z dwiema kompaniami do Ostrowa i wróciwszy stamtąd koło południa do Jarocina, odbyłem na Rynku paradę i uroczyste wywieszenie sztandaru narodowego na ratuszu.

Dowiedziawszy się, że zanosi się na odebranie Krotoszyna, gdzie stał jeszcze batalion niemiecki, chciałem 1 stycznia po południu całą siłą ruszyć na Krotoszyn. Rada Ludowa krotoszyńska zaklinała mnie jednak telefonicznie, żebym tylko sam przyjechał i nie brał wojska. Pojechałem więc automobilem z adiutantem Malinowskim, podoficerami Stanisławem i Maksymilianem Błażejewskimi i strzelcem Józefem Bartkowiakiem. Dowiedziałem się w Krotoszynie, że jakiś polski oddział ukrywa się w bliskości i czeka na stosowną chwilę do ataku. Był to ppor. Szlagowski, obecnie przy sztabie III dywizji, który miał około 70 ludzi i pociąg pancerny bardzo prymitywny, z jedną armatką, której zresztą wcale nie użyto. Przyjechawszy do Krotoszyna, pertraktowałem najpierw z Radą Ludową, której nie mogę oszczędzić zarzutu, że wstrzymując mnie od ataku na Krotoszyn, przyczyniła się do tego, że Niemców ostatecznie z bronią musieliśmy wypuścić.

Tymczasem Błażejewski Stanisław i Malinowski dowiedziawszy się, że na dworcu Niemcy ładują amunicję, żeby ją wywozić, puścili się tylko z rewolwerami na dworzec.

Malinowski wszedł na odwach, gdzie było 25 żołnierzy, karabin maszynowy i dowodził zastępca oficera. Błażejewski pilnował tymczasem drzwi, żeby nikt nie mógł wejść. Oboje zdjęli orzełki z czapek i udawali Niemców. Ledwo Malinowski wszedł na odwach, powstał na dworcu ogromny hałas, strzały karabinowe się sypały, a zastępca oficera chwycił karabin maszynowy, żeby przez okno strzelać do oddziału Szlagowskiego, który właśnie dworzec atakował. Na to Malinowski przyłożył rewolwer do głowy Niemca i zawołał: „Hände hoch”. Niemcy zgłupieli i rzucili karabiny, wpadł Błażejewski, a zaraz za nim ludzie Szlagowskiego i dworzec w ten sposób zajęto. Strat z naszej strony nie było żadnych dzięki odwadze owych dwóch podoficerów. Po niemieckiej stronie jeden zabity. Przy pomocy ludności miejscowej, która się w jednej chwili uzbroiła w ukryte karabiny, obsadziliśmy cały Krotoszyn. Batalion niemiecki zamknięty w koszarach kapitulował pod warunkiem, że z bronią im będzie wolno wyjechać, co  wobec słabych sił naszych musieliśmy przyznać. Cały materiał bardzo znaczny to jest broń, amunicja, mundury, bielizna została w naszym ręku. Niemcom było wolno tylko jeden karabin na człowieka zabrać ze sobą.

Dzień 1 stycznia 1919 r. w Krotoszynie zostanie na zawsze w pamięci uczestników tej wyprawy. Dnia 3 stycznia na wiadomość telefoniczną, że w Zdunach Niemcy aresztowali księdza i znęcają się nad ludnością, wziąłem dwie kompanie i pojechałem pociągiem do Zdun. Kilka kilometrów od Zdun wysiedliśmy i kompania poszła do ataku na Zduny.

Niemcy bez strzału wycofali się za granicę Śląska do Freyhan [Cieszków]. Obsadziłem Zduny, kazałem wywiesić na ratuszu sztandar narodowy. Posłałem do Freyhan dowódcę kompanii sierż. sztab. Kirchnera i zawarłem z Niemcami układ piśmienny obowiązujący obydwie strony do wzajemnego respektowania granicy, przez co Niemcy uznali okupację Zdun przez nas i w ogóle granice Poznańskiego, co ich jednak nie wstrzymało od późniejszego atakowania Zdun. Oryginał tego układu był wtenczas odesłany do Dowództwa Głównego w Poznaniu. Zduny obsadziła potem kompania 12. pułku, moje dwie kompanie wróciły do Jarocina.

Na wezwanie z Poznania posłałem pod dowództwem Kirchnera sierżanta sztabowego skombinowany oddział w sile 300 ludzi z karabinami i karabinem maszynowym pod Mroczę i Nakło. Od Rady Ludowej w Mroczy otrzymałem piśmienne podziękowanie za dzielne zachowanie się tego oddziału, który zdobył na Niemcach 27 koni, 3 kuchnie polowe, 4 miotacze min, 7 dział i kilka karabinów maszynowych.

Straty nasze były kilku zabitych i 20 kilka rannych. Odznaczył się tu szczególnie dzisiejszy ppor. Klarzyński, który swoim dzielnym zachowaniem niemało przyczynił się do porażki Niemców.

Jeszcze jedna kompania wyszła w sile 120 ludzi pod dowództwem oficera Krystofiaka (dzisiaj podporucznika 11. pułku) – pod Szubinem. Kompania tu biła Niemców kilkakrotnie, miała jednak też dosyć poważne straty w zabitych i rannych. Na rozkaz z Poznania, żeby posłać pomoc pod Zbąszyń, wyruszyłem 5 stycznia z ostatnią kompanią sierż. sztab. Karolczaka w sile 115 ludzi i 4 karabiny maszynowe. W Kościanie złączyliśmy się z batalionem śremskim pod ppor. Chosłowskim i pojechaliśmy wspólnie do Nowego Tomyśla, gdzie batalion śremski chwilowo został. Ja dostałem rozkaz obsadzenia Łomnicy pod Zbąszyniem.

Z ostatniej stacji przed Zbąszyniem, która była w naszym ręku, kompania pomaszerowała w szyku bojowym z awangardą i bocznymi patrolami do Łomnicy, dokąd przybyliśmy około 900 wieczorem. Po drodze spotkaliśmy powstańców, którzy pojedynczo lub po kilku wracali z Łomnicy twierdząc, że muszą wracać, bo Niemcy ciągle nacierają, a nie ma dosyć sił do odparcia ich. Udało mi się kilku nawrócić, większa część nie chciała słuchać wobec ciągłych strzałów armatnich, które było słychać od Zbąszynia. Na miejscu dowiedziałem się od ochotników z Łomnicy i okolicy, których tam było około 50 pod feldfeblem Szulcem, że Niemcy wypierają nasze miejscowe luźne oddziały z Nowego Dworu, folwarku nad linią kolejową Nowy Tomyśl – Zbąszyń odległego mniej więcej o kilometr od Zbąszynia. Ponieważ mieliśmy nazajutrz atakować Zbąszyń, a Nowy Dwór był mi koniecznie potrzebny, żeby móc atakować, posłałem plutonowego Pawelę i 20 ludzi, żeby Nowy Dwór utrzymać. Plutonowy Pawela wykonał rozkaz bardzo dobrze, odebrał pozycję i pomimo licznych prób niemieckich utrzymał się na niej. O 400 rano następnego dnia, stosownie do otrzymanego rozkazu, zaprowadziłem kompanię i ochotników łomnickich, nad którymi komendę objąłem, pod Nowy Dwór i ukryty w lasku czekałem sygnału do ataku.

Niemcy ciągle ostrzeliwali Nowy Dwór artylerią i kulomiotami. Nie mogąc dostać związku z żadnym oddziałem i widząc, że rozkaz odebrany musiał być pomyłką, jak się też później okazało, ponieważ do Nowego Dworu nikt nie przybył, jak było powiedziane w rozkazie, zostawiłem jeszcze 15 ludzi dla wzmocnienia załogi Nowego Dworu i odprowadziłem kompanię do Łomnicy, gdzie wreszcie po 3 dniach mogli trochę odpocząć. Następnego dnia rano Niemcy atakowali kilkoma patrolkami Nowy Dwór i zostali odparci.

Koło południa przybył batalion śremski w sile trzech kompanii około 600 ludzi, w tym świetna kompania kórnicka pod ppor. Celichowskim. Batalion śremski wysłał patrole do Strzyżewa, który był obsadzony przez Niemców i do Tirschtiegel [Trzeciel], także obsadzonym przez Niemców. Przy małych utarczkach 1. kompania śremska miała 2 zabitych pod Strzyżewem, patrol kompanii kórnickiej odparł ogniem patrol niemiecki ku Tirschtieglowi. Mając dostateczne posiłki i przekonawszy się, że moi ludzie w Nowym Folwarku są w nieustającym ogniu artylerii i kulomiotów, kompania pod sierż. sztab. Karolczakiem, który doskonale zadanie spełnił, zadała Niemcom dotkliwe straty w zabitych; zabrał 3 szeregowców do niewoli i miał tylko 2 lekko rannych w kompanii jednego ciężko rannego 7 ochotników miejscowych.

Siódmego zostałem mianowany dowódcą VI okręgu w Jarocinie, nominacja doszła mnie jednak dopiero 10 w Łomnicy, dzień przed szturmem na Zbąszyń, który był naznaczony na 11. Mogłem tylko rano być przy rozpoczęciu szturmu, potem musiałem wrócić do Łomnicy i jechać zaraz do Jarocina, by objąć dowództwo okręgu.

Zaraz na początku poległ mój adiutant Malinowski, trafiony granatem z niemieckiego pancernego pociągu, który nas ostrzeliwał, ten sam granat ogłuszył i kontuzjował plutonowego Pawelę, ale nieszkodliwie. Atak na Zbąszyń się nie udał, kompania jarocińska straciła 1 zabitego – Malinowskiego i kilku rannych, ochotnicy miejscowi mieli 4 zabitych i kilku rannych.

Po objęciu VI O[kręgu] W[ojskowego] wysłałem kompanie, które powróciły spod Mroczy i Szubina pod Rawicz, gdzie się odznaczały szczególnie pod Łaszczynem, gdzie jednakże 2. kompania miała 8 zabitych i dwudziestu kilku rannych. Batalion pleszewski wspierał VII okręg w walkach pad Kępnem i Kobylągórą i pod Zdunami, przyczym odznaczyła się kompania ppor. Pamina, rozbijając pod Kobylągórą niemiecką kompanię atakiem na bagnety. Kompania Karolczaka, wróciwszy spod Zbąszynia, poszła pod Leszno, gdzie później została wcielona do 6. pułku strzelców.

Batalion śremski poszedł także pod Rawicz, gdzie znowu odznaczyła się kompania kórnicka świetnym kontratakiem na Zieloną Wieś, którą nam Niemcy byli odebrali.

Żołnierze kórniccy zemścili tam morderstwo proboszcza w Słupi zupełnym zniszczeniem całej kompanii niemieckiej. Pod Rawiczem odznaczyła się też kawaleria śremska w sile 20 koni, z samych ochotników złożona, która także pod Zbąszyniem oddała wielkie usługi, utrzymując pod ogniem łączność pomiędzy Łomnicą a Nowym Dworem i podczas ataku na Zbąszyń.

W Krotoszynie zorganizował się bardzo szybko i dobrze nowy batalion pod ppor. Modlibowskim, który także pod Rawiczem walczył. Ten został, tak samo jak jarociński i jutrosiński, wcielony do 11. pułku strzelców wielkopolskich.

Autor wspomnień: Zbigniew Ostroróg-Gorzeński, 1937 r.

Źródło: „Gazeta Jarocińska” 1937, nr 67-69.

Opracowanie: Ilona Kaczmarek

Twórca projektu Twórca
Partnerzy
Jarocin Jarocin Jarocin Jarocin Jarocin Jarocin
Jarocin Jarocin Jarocin Jarocin Jarocin

Kategorie tematyczne