Jarocin

Portal historyczny

 

Pewnego dnia, gdy bawiłem na odwiedzinach u sióstr moich w Jarocinie, było to we wrześniu, stanął u drzwi mieszkania ktoś, kto prosił o adres Euzebiusza Basińskiego. „Dobrze pan trafił” – odpowiedziała siostra, zapraszając równocześnie do wejścia. Przybysz był wnukiem powstańca wielkopolskiego, studentem na V roku historii UAM w Poznaniu. Takie oto było moje zapoznanie się z Markiem Sobczakiem, poszukującym materiału do pracy magisterskiej pt. „Wysiłek zbrojny powiatu jarocińskiego w okresie Powstanie Wielkopolskiego 1918-1919 roku”.

Wertując książki i rozmowy z powstańcami, spotykał się często z moim nazwiskiem. Stąd jego starania o spotkanie się ze mną. W toku rozmowy dowiedział się, że z nikim wywiadu na ten temat nie prowadziłem. Materiał dotyczący powstania, który posiadałem, złożony na plebanii i opracowany wedle wskazań kpt. Fenrycha, kierownika Biura Historycznego przy DOK VII w Poznaniu, wraz z zeznaniami względnie przesłuchaniami uczestników powstania, zaginął. Wszelkie materiały dotyczące Rady Żołnierskiej i Robotniczej, Powiatowej Rady Ludowej, wraz z książką protokółów PRL zdeponowane na plebanii, zostały w dniu wybuchu wojny wieczorem przekazane za pośrednictwem kościelnego Józefa Sierszuły poborcy miejskiemu Jarockiemu, który miał je zakopać u siebie w ogrodzie. Poszukiwania przeprowadzone po wojnie okazały się bezskuteczne. Posiadałem nieco materiału pochodzącego z opracowań na plebanii, jak ulotki, duplikaty itp., lecz i ten materiał zaginął przy wysiedleniu.

Zapytany o publikację St. Karolczaka („Z dziejów powiatowego miasta Jarocina”) stwierdziłem, że autor miał swoich bohaterów. Robił historię powstania za i dla pieniędzy. Sto złotych (sic!), fotografia i życiorys – tyle chciał ode mnie. Zasługą Karolczaka jest, że w ogóle coś o powstaniu się ukazało. Do historyków należało podejść krytycznie do sprawy, do czego zresztą zapraszał sam wstęp. Wyjaśnienia wymaga fakt, dlaczego o Jarocinie mało pisano. A więc: pierwsza Rada Żołnierska, Rada Robotniczo-Żołnierska, Powiatowa Rada Ludowa w województwie poznańskim. Nieposłuszni Poznaniowi wpadliśmy w niełaskę. Wszelkie interwencje dotyczące rugowania urzędników – Niemców, jednym słowem polszczenie urzędów, nie odnosiły skutków. Delegaci Naczelnej Rady Ludowej wracali z Jarocina zrezygnowani. Dlaczego nas przemilczano, wyjaśnia Bohdan Hulewicz w książce pt. „Wielkie wczoraj w małym kręgu”, wydanie PAX 1968 r. Cytuję: „Inny charakter miały oddziały powstające w republice jarocińskiej, którymi dowodził zdemokratyzowany Ostroróg-Gorzeński z Tarzec. Oprócz komendanta pochodzenie dowódców było robotniczo-chłopskie”. Na cytacie pułkownika dyplomowanego Hulewicza kończę, by przejść do opisu wycinków z powstania.

Pan Grabski, obywatel ziemski z Kurcewa powiat jarociński, był człowiekiem chorym. Leczył się okresowo w Szwajcarii. W 1918 r. przebywał tamże na kuracji, skąd przybył na okres żniw, by powrócić na ukończenie kuracji, legalnie do Szwajcarii. Tenże pan zjawił się pod koniec czerwca w Jarocinie i po porozumieniu się z proboszczem spotkał się ze mną. Muszę znaczyć, że Grabski mając majątek w powiecie, od czasu do czasu bywał w Jarocinie, nie byliśmy sobie obcy. Rozmowa rozpoczęła się od sytuacji ogólnej. Dopytywał się co sądzimy o wojnie, jej wyniku, czy czyni się jakieś przygotowania itp. Oświadczyłem, że wiadomości czerpiemy jedynie od Polaków przybywających z frontu, i że w naszym pojęciu wojna mu się ku końcowi. Pan Grabski stwierdził, że zachód przewiduje klęskę Niemców na październik i kładł w swych wypowiedziach nacisk na przygotowanie do objęcia władzy. Koszary, dworzec, poczta itd. Wskazówki jego były cenne i mobilizujące. Największy kontakt miałem z Błażejewskim Maksymilianem –  nie Stanisławem – który pełnił od dłuższego czasu funkcję w izbie chorych. Błażejewski był optymistą, zapalił się na dobre do sprawy, która nie była nam obca. Osobę Grabskiego przemilczeliśmy. Co dała nam rozmowa z Grabskim? Upewniła nas, że spostrzeżenia nasze dotyczące końca wojny są słuszne, mieliśmy materiał do dyskusji, wzmogło się zainteresowanie i śledzenie, co się dzieje na frontach. Rozmowy przekształciły się w cichą agitację. Taki to był początek, który spowodował czyn powstańców w dniu 8 na 9 listopada 1918 r.

Rada Żołnierska – pięć osób – w tym trzech naszych: 1) Błażejewski Maksymilian, 2) Kirchner Bronisław, 3) Wierzchowski Bernard. Wojsko wychodzi na ulicę. Strzały pod sądem – uwolnienie więźniów. W mieście spokój. Wojsko wraca do koszar. Rada Żołnierska działa. Obsadza się dworzec, pocztę. Mężem zaufania dla dworca i parowozowni mianuje się E. Basińskiego. Komendantem dworca zostaje St. Błażejewski. Pociągi podlegają rewizji. Urlopowiczów – Polaków kieruje się do koszar. Niemców, po rozbrojeniu, urlopuje się aż do zwolnienia. Magazyny przy parowozowni oddaje się pod opiekę pracownika umysłowego, a zatrudnionego tamże –  Szymczaka. Wkrótce następuje zmiana komendanta dworca. Komendę obejmuje podoficer Wawrzyniak – energiczny, nie popuści nikomu i niczego. Przy tej okazji opiszę incydent, który miał miejsce w parowozowni. Dostaję wiadomość od Szymczaka, że dwóch kierowników parowozu rozpaliło ogień i szykuje do wyjazdu lokomotywy jako reparację wojenną dla aliantów. W asyście dwóch żołnierzy przybywam do parowozowni. Wskazując na ogłoszenie, które Rada Robotniczo-Żołnierska wydała, o nienaruszalności jakiegokolwiek sprzętu, pisane po polsku i niemiecku, wydalam Niemców z parowozowni i pracy z nakazem opuszczenia miasta. Interwencje pozostały bez skutku. Gazety opisywały o niewykonaniu zobowiązań wobec aliantów z powodu ww. incydentu. Będąc na magazynach, zainteresowałem się zapasami węgla. Pociągi towarowe z węglem kursowały via Gniezno – Gdańsk. Umówiłem się z Szymczakiem co do uzupełnienia zapasów. Szymczak doskonale się wywiązał. Starczyło dla nas i kiedy w styczniu zwrócił się do nas Poznań i alarmował o pomoc, byliśmy w stanie wysłać kilkanaście wagonów z przeznaczeniem dla elektrowni. Meldunek komendy dworca o nadejściu transportu, w którym znajdował się wagon bydła, pamiętam adres – von Jordan Jordanhof Schleisiche. Zdobycz wojenna nie doszła do adresata. W porozumieniu się z dzierżawcą Bogusławia Jaworskim, przyjął on bydło zważone komisyjnie do dyspozycji kompanii powstańczej.

Denerwujący był incydent, który się pomyślnie skończył, ubezpieczenie dworca przed ewentualnym atakiem podchorążówki z Biedruska.

Najmniej kłopotu sprawił landrat (starosta) dr Coester. Muszę zaznaczyć, że obsadzanie urzędów mężami zaufania, jak i likwidacja kierowników, należała do sekretarza rady, czyli do mnie. Mężem zaufania został dr Klinkowski. Dr Coester przyjął wiadomość spokojnie, jeszcze spokojniej wkrótce się ulotnił. Władze wojewódzkie próbowały obsadzić wakującą posadę. W czasie narady Rady Żołnierskiej, na której byłem obecny, zjawia się sekretarz powiatowy, Niemiec, w towarzystwie nieznanego nam osobnika, który podaje do wiadomości, że przybywa z nakazu prezesa rejencji celem przejęcia agend po staroście dr. Coesterze. Na to wstaje leutnant (członek Rady Żołnierskiej) i prosi o zajęcie miejsca. W tem zerwałem się z miejsca i wołam: „Kogo pan zaprasza, nie ma dla nas prezesów rejencji, nas obowiązują zarządzenia Rady Robotniczo-Żołnierskiej. Protestuję przeciwko bytności na naszym zebraniu przybyłych panów i żądam opuszczenia lokalu, a przybyłego z Poznania o opuszczenie miasta”. Nikt się nie odezwał, przybysze opuścili zebranie. Przerywając milczenie, ponownie zabieram głos: „Mieliśmy zaufanie do sekretarza powiatowego, uważaliśmy go za naszego człowieka, zdradził nas, okazał się człowiekiem starego systemu, należy go złożyć z urzędu. Tymczasem na jego miejsce proponuję asystenta Wydziału Powiatowego Mieczysława Walendowskiego”. Wniosek przyjęto. Wkrótce zjawił się dr Skarżyński, który objął starostwo.

Magistrat, zarząd miejski. Mężem zaufania został Franciszek Basiński (mój ojciec), który na 18 Niemców był jedynym Polakiem (18 radnych). Wkrótce ustępuje burmistrz. Fr. Basiński obejmuje to stanowisko. Dnia 1 stycznia 1919 r. manifestacja na Rynku: przemawiali burmistrz Basiński i pani Kasprzak, żona krawca Marcina Kasprzaka. Po przemówieniach uroczyste zawieszenie sztandaru na ratuszu. Kierownikiem szkoły był Niemiec, znany nam z okresu strajku szkolnego, którego z miejsca zwolniliśmy, obsadzając ten urząd nauczycielem Rankowskim. Inspektorat szkolny oddaliśmy w ręce nauczyciela Urbańskiego. Kuratorium w Poznaniu broniło swego germanizatora, spowodowało przybycie reprezentantów Naczelnej Rady Ludowej z Poznania, z którymi odmówiliśmy jakichkolwiek pertraktacji.

Pewnego dnia przybyło na probostwo 5 Niemców z pastorem Steffanim i adwokatem Scholtzem na czele, protestując przeciwko usunięciu Niemców z Powiatowej Rady Ludowej. Na zawiadomienie telefoniczne stawiam się na probostwie. Adwokat Scholtz zabiera głos i przedstawia sprawę reprezentacji narodowości w Radzie Miejskiej, która na 18 radnych ma 1 Polaka, a Powiatowa Rada Ludowa na odwrót: 1 Niemca na 18 radnych. Przerwałem adwokatowi i stwierdziłem, że powiat ma 95% Polaków i że proporcja jest słuszna. „Nie rozumiem o co panom chodzi – mówię dalej – kto protestuje? Pan jako przewodniczący stowarzyszenia hakatystów, pamiętamy was. Zwracam panu uwagę na obwieszczenia, w których gwarantujemy spokój i poszanowanie praw każdego obywatela. Czego żądacie, awantur? Nie wywołujcie ich”. Słowa te wypowiedziałem w ostrym i podniesionym tonie. Pastor Steffani przeprasza proboszcza, Niemcy ulatniają się. Incydent ten był jednym z ostatnich ataków, które odparto. W godzinach popołudniowych tegoż dnia odbyło się zebranie Powiatowej Rady Ludowej, na które się spóźniłem, wchodząc na salę zostałem powitany oklaskami. Ksiądz proboszcz zreferował zebranym przebieg wizyty u niego.

Jeżeli inspiratorem „Jedności” był Grabski, to „Jedność” była inspiratorem czynu, którego motorem był chaos. Maszyna ładu i porządku stanęła. Bożyszcze na wygnaniu w Holandii. Epolety oficerskie zdeptane. Tych, którzy oprócz Boga nikogo się nie bali (na domu pastora w Jarocinie widniał napis „Silną fortecą jest nasz Bóg”), ogarnął strach, i to strach który miał wielkie oczy. Tych wystraszonych Niemców mieliśmy za partnerów. Były rzeczy niemal wprost teatralne. Wypowiedź Wilsona, trzynasty punkt: „Musi zostać utworzone państwo polskie” pchała do czynu. Za czym mieliśmy czekać? „Za cudem nad Wartą”. W tym oto chaosie udał się pucz w koszarach i był zachętą do tego, co się później działo. O ile chodzi o niemieckich lokatorów koszar, byli bezradni. Wystarczy przytoczyć pogłoskę, która spowodowała ich masowy wyjazd. Puszczono w koszarach pogłoskę, że 2000 legionistów otoczyło Ostrów i ciągnie na Pleszew. Nie starczyło środków lokomocji, by im dopomóc w wyjeździe. Koszary bezkrwawo zdobyte.

W uzupełnieniu i dla obramowania całości kilka słów. Rozpocznę od komendanta. Działaliśmy w myśl założeń Rady Robotniczo-Żołnierskiej jako Grenzschutz (ochrona pogranicza). Trzeba było komendanta dla stale powiększającego się oddziału. Musiał to być oficer. Wybór padł na właściciela majątku Tarce – Gorzeńskiego. Rozumowanie było takie. Pochodzeniem komendanta upozorujemy charakter oddziału, co wkrótce miało się potwierdzić. Do wybranego komendanta udała się delegacja. Gorzeński zgodził się. Złożył przysięgę na moje ręce, tak jak było przedtem ustalone. Komendant zamieszkał w hotelu naszym. Zajmował dwa pokoje.

Pewnego dnia przybył powstaniec Swornowski z Niemcem płatniczym z Poznania. Poprosiłem komendanta i przedstawiłem go przepisowo: „Oberleutnant von Gorzeński”, to zrobiło wrażenie. Gorzeński był oficerem rezerwowym ułanów z Milicza. Po przeprowadzonej rozmowie z płatniczym zabrał ww. panów własnym samochodem do Tarzec, skąd przewiózł ich do oddziału stacjonującego w Robakowie, liczącego 20 ludzi (dawna granica rosyjska). Oddział, uprzedzony o przyjeździe, przyjął regulaminowo komendanta i płatniczego. Wynik rewizji był pozytywny: 172 tysięcy marek na zaległości i bieżące wydatki (Grenzschutzu). Komendant był przez załogę szanowany. Własnym kosztem urządził gwiazdkę dla ponad 100 ludzi (dla tych, którzy musieli zostać i oddziału w Robakowie). Prowiant: kiszki, kiełbasa, ciasto i pamiątkowy notesik (kalendarz). Gwiazdka odbyła się w koszarach, a choinka z lasu komendanta pięknie ustrojona i oświetlona. Tyle o „zdemokratyzowanym” komendancie.

Prezesem Powiatowej Rady Ludowej był dr Hebanowski z Brzóstkowa, z wykształcenie prawnik. Był prezesem Kółek Rolniczych. Aprobował i przeprowadzał wszelkie propozycje. Spowodował opodatkowanie się ziemiaństwa.

Maksymilian Błażejewski pochodził z Osiecznej pod Lesznem. Był w izbie chorych prawą ręką lekarza kierującego oddziałem rekonwalescentów. Miał dużo możliwości, które wykorzystał na rzecz naszej sprawy. To on wyłowił Kirchnera do Soldatenratu oraz berlińczyka Bernarda Wierzchowskiego, który był pisarzem w biurze batalionowym. Wierzchowski był spryciarzem. Wszelkie tajne, nie tajne zarządzenia dotyczące komisji badania chorych docierały przed czasem do Błażejewskiego, który na tej podstawie sporządzał listy do badań, urlopował na czas rewizji, kogo było trzeba przed nią ochronić. Błażejewski był osią, dookoła której się wszystko kręciło. Imiennik jego, Stanisław, wykorzystał przez niedopatrzenie opisujących powstanie, że dwóch było Błażejewskich.

O bohaterach Karolczaka kilka słów. Szymańskiemu zrobił Karolczak krzywdę. Był to człowiek chory, spokojny, lubił muzykę, sam grał na skrzypcach. Zwierzył się Błażejewskiemu, że gdy usłyszał strzały, skrył się pod łóżko.

Adamczewski przybył do Jarocina wtedy, kiedy kompania powstańcza już się utworzyła. Żołnierze nosili kokardki biało-czerwone z napisem „Jedność”. Zadanie „Jedności” w tym czasie już było spełnione. Wiem, że były do Adamczewskiego pewne zastrzeżenia, które się potwierdziły, kiedy Adamczewski będąc członkiem komisji arbitrażowej w Krotoszynie, głosował za opuszczeniem koszar przez Niemców z pełnym uzbrojeniem. Broń tę wzięli później Niemcy do walki z powstańcami. Jak Adamczewski do Krotoszyna się dostał, nie wiem.

Stosunek plebanii do powstania. Droga Grabskiego do powstańców przechodziła przez plebanię. Proboszcz zachęcał i był zwolennikiem działania. Był współautorem redagowanych ulotek. Oferty Karolczaka nie przyjął. Ks. Kasprzak nie brał udziału w rozmowach na plebanii z powstańcami.

Straż Ludowa. Celem jej było strzeżenie porządku publicznego. Były drużyny nasze tak w mieście, jak i na wsi. Komendantem Straży Ludowej był Trzebiński Bogdan z Chytrowa. Obowiązki szefa sztabu powierzono mnie. Kontakty utrzymywaliśmy z Pleszewem, któremu na prośbę Bociańskiego przyszliśmy z pomocą finansową z funduszy uzyskanych z Poznania. Ostrów dostał karabin maszynowy. Września i Środa – do tych miast wyjechali powstańcy, którzy w czasie wybuchu powstania byli w garnizonie. Nawiązaliśmy kontakt z Polską Organizacją Wojskową Koło. Konferowaliśmy z komendantem oddziału Leszkiem Skrzetuskim, którego poznaliśmy przez właściciela folwarku w Szymonowicach – Kruczyńskiego, pierwsza wieś za Prosną. Otrzymali od nas 40 bagnetów, pasów i toreb na naboje.

Na zakończenie o tych, którzy już odeszli. Około połowy stycznia przywieziono poległych powstańców. Złożono ich w prowizorycznym grobie, po prawej stronie blisko bramy cmentarnej. Dziś spoczywają prochy powstańców w pomniku. Wśród zebranych przeważały kobiety. Kirem pokryte głowy naszych matek, sióstr i żon, pochylone z powagą, były myślami u tych, którzy poszli, nie wrócili i już nie wrócą. W imieniu Rady Ludowej kolegów powstańców, całego społeczeństwa, żegnałem bohaterów. Lekki szloch towarzyszył całej uroczystości. Ze łzami w oczach kończyłem przemówienie o zimnym grobie. Zasłużony dyrygent chóru Lucjan Kunz daremnie uniósł ręce do rozpoczęcia pieśni żałobnej. Trwało trochę, zanim chór się uspokoił. Po występie chóru i wspólnym odśpiewaniu pieśni „Witaj Królowo” uroczystość dobiegła końca.

Autor wspomnień: Euzebiusz Basiński, 1972 r.

Źródło: Zbiory Muzeum Regionalnego w Jarocinie, sygn. OKS-98/3.

Opracowanie: Ilona Kaczmarek

 

Twórca projektu Twórca
Partnerzy
Jarocin Jarocin Jarocin Jarocin Jarocin Jarocin
Jarocin Jarocin Jarocin Jarocin Jarocin

Kategorie tematyczne